Przejdź do treści
Aktualności
Sylwetki
Kultura

Z Julianem Mere o teatrze, mistrzach i nowej płycie.

Pochodzisz z Krakowa, tam studiowałeś, dlaczego zdecydowałeś się na wyjazd do Warszawy?

    Jakiś czas byłem w Nowym Jorku i wtedy myślałem, że jest to miejsce, w którym chcę żyć, tworzyć, ale kiedy dostałem tuż po studiach propozycję od Adama Hanuszkiewicza, to zdecydowałem się przyjechać do Warszawy i pracować w jego Teatrze Nowym przy Puławskiej 37. Wtedy, godziłem sztukę z wieloma innymi pracami, takimi jak dubbingowanie, nagrywanie reklam, prowadzenie imprez oraz śpiewanie w legendarnym Guinness Pub przy Koszykowej. Z samego teatru trudno było się utrzymać, a ja miałem to szczęście, że miałem też inne umiejętności.

    Występowałeś w słynnej Piwnicy pod Baranami, jak wspominasz tamten czas?

      Ciągle nawiązujesz do czasów Krakowa... No cóż, Piwnica pod Baranami, to był czas kiedy młody człowiek kształtuje siebie do bycia artystą i uważam, że to było miejsce magiczne. Uczyłem się tam śmiać i płakać, wszystko było szczere, prawdziwe. Do Piwnicy pod Baranami zostałem zaproszony przez samego Piotra Skrzyneckiego, który wypatrzył mnie na festiwalu piosenki studenckiej. Co ciekawe, nie byłem wtedy jeszcze studentem. W Piwnicy się wychowałem, ona mnie przez wiele miesięcy kształtowała. Później musiałem z niej zrezygnować, ponieważ w PWST było to źle widziane, uważano, że takie miejsce deprawuje młodzież, co wcale nie jest prawdą, zgodnie z powiedzeniem krakowskim: „ Złego kościół nie naprawi, dobrego karczma nie przewróci...”.

      Wykładasz piosenkę aktorską w Szkole Machulskich. Czy Twoi studenci są tacy jak Twoje pokolenie czy mają już inne nastawienie do aktorstwa, inne marzenia, doświadczenia?

        Na pewno są to inni ludzie, bo żyją w innych czasach niż my. Byliśmy bardziej nastawieni na sztukę, na tworzenie i na indywidualizm. Mniej rzeczy nas rozpraszało. Teraz, indywidualizm trochę się rozmył, w tej powszechnej uniformizacji, popularności mediów społecznościowych, znika gdzieś osobowość, bo wszyscy chcą być tacy sami. Moim zadaniem w szkole teatralnej jest nauczenie tych młodych ludzi bycia sobą, bo tylko wtedy są w stanie przetrwać w tym zawodzie. To jest bardzo ciężki zawód. Bycie na scenie, estradzie, to naprawdę jest wyzwanie dla artysty. Zupełnie inaczej jest w telenowelach, gdzie aktorzy mają swój świat, w którym jest kilkadziesiąt osób zaangażowanych w bezpośrednią produkcję i nie mają styczności z publicznością, z żywą reakcją. Aktorzy, którzy są wyjęci nagle z realiów telenoweli i mają występować na scenie albo prowadzić imprezę przekonują się, że trzeba posiadać jeszcze inne zdolności, których nabycie wymaga czasu i talentu. Nie wystarcza tylko bycie gwiazdą serialu i trzeba zetknąć się z żywym światem aby te umiejętności zdobyć.

        Nauka piosenki pomaga młodym ludziom? Otwiera ich?

        Tak, ale tylko wtedy, kiedy osoba, która ich prowadzi pomaga im odkryć piosenkę, kiedy nimi nie manipuluje i jest szczera. Czuje każdy występ. Są tacy studenci, którzy potrafią wiele, ale na zajęciach bujają i ja to widzę. Nie chcą pokazać własnych uczuć, wydaje im się, że jak zaśpiewają zgodnie z nutami i mają dobre głosy, to każdy ich kupi. Ja im tłumaczę, że to nie na tym polega. Są tak młodzi, a już nauczeni manipulowania, aby sprzedać się bez wysiłku. Wolę takich, którzy nawet są mniej zdolni, ale szczerzy, uczciwi w tym co robią, oni śpiewają z serca. Takich publiczność bardzie doceni.

        Uczyli Cię wielcy mistrzowie jak Trela, Stuhr, nie mówiąc już o współpracy z Adamem Hanuszkiewiczem. Od kogo najwięcej się nauczyłeś?

        Dużo nauczył mnie Jerzy Trela, on właśnie był szczery. Po pierwszym roku chciałem zrezygnować ze szkoły teatralnej, bo uważałem, że uczą mnie ludzie, którzy ani niespecjalnie są artystami ani pedagogami. Manipulowali studentami, a ja byłem osobą wolną, miałem swoje odkrycia literackie, od najmłodszych lat czytałem Dostojewskiego i Szekspira i jakoś nie mogłem się przekonać do tego, że ludzie którzy wcale nie czują literatury mają mnie jej uczyć. Gdyby nie to, że właśnie po pierwszym roku przejął nasz rocznik Jerzy Trela, to na pewno bym zrezygnował. To jest wybitny aktor i otwarty na ludzi człowiek. Z nim rozumiałem się bez słów. Nie wiem jak byłoby teraz, ale wtedy ufałem mu jak ojcu. Dzięki niemu przetrwałem szkołę i z powodzeniem grałem główne role w dyplomach.

        Udało Ci się kiedyś zagrać z nim na scenie?

        Niestety, nie. Z krakowskich aktorów grałem jeszcze podczas studiów z Anną Polony, Jerzym Grałkiem i Tadeuszem Hukiem w komedii „Wiosna Narodów w cichym zakątku” i były to urokliwe doświadczenia. W Warszawie profesjonalnego podejścia do sztuki uczyłem się od Ireny Kwiatkowskiej, Aleksandra Bardiniego, Wojciecha Siemiona i oczywiście Adama Hanuszkiewicza.

        Jesteś głównie aktorem teatralnym, chociaż masz za sobą też role w dobrych filmach czy serialu Klan, który gości od lat w wielu polskich domach. Nigdy nie ciągnęło Cię do dużego ekranu? Wybrałeś teatr?

          Zawsze czułem się bardziej aktorem teatralnym, a nie filmowym. Na świecie jest podział na aktorów filmowych, serialowych, sitkomowych, dubbingowych, teatralnych, a w Polsce przyjęło się, że aktor musi wszystko grać. Ja, wprawdzie gram też w dubbingu i tak jak wspomniałaś, w serialu Klan grałem przez wiele lat, ale takie granie w telenoweli z punktu widzenia rozwoju osobowości niewiele wnosi. To jest granie na szybko. Film to też forma zamknięta, chwila zarejestrowana na taśmie, ale dla mnie spełnieniem życiowym jest dawanie ludziom siebie na żywo. Gram na gitarze od dwunastego roku życia, śpiewam, koncertuję, w teatrze gdy gram to czuję ludzi i wiem, że oni mnie czują.

          Oprócz aktorstwa pasjonuje Cię też muzyka. Śpiewasz, piszesz teksty, komponujesz, chociażby dla takich sław jak zespół Kombi. Nagrałeś 3 autorskie płyty. Myślisz o kolejnej?

            Planuję taką płytę, która będzie poświęcona moim mistrzom.  Napisałem już kilka utworów o mistrzach aktorstwa, sztuki in spe i to będzie kontynuacja tego projektu. Będzie to poetycka impresja na temat moich mistrzów.

            Rzadko się o tym mówi, ale przecież to Twojego autorstwa są utwory poświęcone Pieczce, Hanuszkiewiczowi, Zanussiemu. Jak się pisze o innych artystach?

              Jak się pisze? Pięknie się pisze! Trzeba ich szanować i kochać, a wtedy pięknie się pisze. Nigdy nie stworzyłbym utworu o kimś, kogo nie szanuję, piosenki zostają przecież na zawsze. Co roku jestem zapraszany na imprezę organizowaną na cześć Adama Hanuszkiewicza przez jego aktorów z Narodowego i Nowego, zawsze wykonuję swój utwór „Prospero Hanuszkiewicz”, ludzie są wzruszeni, a ja razem z nimi i czuję, że właśnie o to chodzi w sztuce. Podobnie jest w przypadku jubileuszów Franciszka Pieczki, w których często uczestniczę i śpiewam dla Pana Franciszka swój utwór o nim i inne, które lubi z mojego szerokiego repertuaru.

              A kiedy piszesz na zamówienie, też musisz być do tego przekonany o czym piszesz?

              Dla zespołu Kombi napisałem wiele utworów i mimo,że są pisane już do gotowej muzyki Sławka Łosowskiego, są na zamówienie, to też włożyłem w nie mnóstwo serca. To jest zupełnie co innego, kiedy trzeba dopasować tekst do muzyki, a nie tworzy się utworu całkowicie samemu. Trudne zadanie.

              Jesteś wszechstronnym artystą, ale też profesjonalnym konferansjerem. Prowadzisz zarówno kameralne imprezy, jak i te masowe. Opowiedz proszę, co jest tajemnicą udanej imprezy?

                Myślę, że tajemnicą udanej imprezy bez względu czy jest ona dla pięciu osób, stu czy kilku tysięcy, jak wtedy kiedy prowadziłem Biesiady Tyskie, jest umiejętność łagodzenia konfliktów, a właściwie na nie dopuszczaniu do nich i wprowadzenie ludzi w stan parogodzinnego zapomnienia, że gdzieś obok jest świat obowiązków i zarabiania na chleb...

                Rzeczywiście Biesiady Tyskie, to już bardzo masowe imprezy, ale prowadzisz także imprezy dla zarządów dużych przedsiębiorstw, menadżerów, prezesów czy lokalnych władz. Czym charakteryzuje się takie prowadzenie?

                  Kiedyś, stawiano na profesjonalizm konferansjera. Teraz modne jest zapraszanie celebrytów, ale oni nie zawsze sprawdzają się w tej roli. Konferansjerzy z prawdziwego zdarzenia są nieporównywalnie lepsi, bo mają konkretne umiejętności, wiedzę i doświadczanie. Osoby znane z tego, że są znane, nie licząc wyjątków niewiele dają z siebie poza tym, że ludzie cieszą się, że to ta pani z telewizji albo tamten pan. W prowadzeniu imprezy trzeba dać coś jeszcze.

                  A co to jest to „jeszcze” według Ciebie, doświadczonego konferansjera? Jaki jest twój klucz, który sprawdza się zarówno na prestiżowej imprezie biznesowej, biesiadach czy kameralnej okolicznościowej?

                    Uważam, że kluczem jest szczerość i doprowadzenie do jedności wśród publiczności, wprowadzenie ich we wspólny rytm. Zadaniem prowadzącego jest skierowanie ludzi w odpowiednim kierunku, jaki ma obrać dana impreza. Inaczej jest w przypadku wręczania nagród biznesowych, inaczej podczas imprezy integracyjnej czy Sylwestra. Wszystko musi być perfekcyjne, wtedy możliwy jest sukces. Należy zawsze prowadzić zgodnie z założeniami organizatora, sponsora. Ludzi, którzy prowadzą imprezy muszą umieć dostosować się do założeń, do publiczności i nie bazować na tym, że jak coś sprawdziło się na jednej imprezie, to sprawdzi się też na innej. Tak nie jest. To jest już inna impreza, inni ludzi, inne miejsce i trzeba skupić się na tym konkretnym prowadzeniu. Na tym polega doświadczanie konferansjera, że w każdym momencie umie zmienić swoje prowadzenie tak, jak wymaga tego sytuacja. Żeby ludzie byli zadowoleni.

                    Masz te przewagę na innymi prowadzącymi, że śpiewasz. Czy prowadzenie łączysz też ze swoimi recitalami?

                      Tak, poza prowadzeniem, umiejętnością wysłowienia się czy odpowiednim przygotowaniem na temat firmy, dla której akurat pracuję, udaje mi się łączyć ludzi muzyką. Czasem to bardzo ważne. Wielokrotnie dzięki temu impreza była bardzo udana, bo ludzie zaczynali się bawić i nawet wspólnie śpiewać.

                      Zdarza się, że jesteś wynajęty tylko do prowadzenia, a nagle ktoś prosi o zaśpiewanie?

                        Nawet często! Zwykle znajdą się miłośnicy Grechuty, Osieckiej czy polskich piosenek, którzy chcą, żebym wykonał kilka utworów. Zawsze jestem do tego przygotowany i ludzie, którzy mnie wynajmują wiedzą o tym.

                        Każdy może Cię zaprosić? Nawet na imprezy okolicznościowe?

                          Z chęcią koncertuję dla ludzi, którzy cenią muzykę, poezję czy wszystkim dobrze znane hity. Koncerty domowe są specyficznym kontaktem z publicznością i ciekawą formą dla mnie i dla nich, są coraz bardziej popularne, bo na urodzinach, rocznicach czy innych uroczystościach taki akcent muzyczny zawsze wprawia w dobry nastrój. To łączy ludzi.

                          Współpracujesz też z najbardziej luksusowymi hotelami w Polsce. Czy taki koncert różni się od tego na scenie?

                            Na pewno trochę się różni, bo to jest kontakt bezpośredni z ludźmi. Opowiadam im o utworach, które wykonuję, trochę o sobie, wprowadzam anegdoty o innych artystach, o teatrze i tworzy się taki artystyczny z ducha klimat.

                            Jak dobierasz repertuar do danej imprezy?

                              Zawsze pod kątem konkretnej publiczności, która ma uczestniczyć w koncercie. Chyba że jest to zamówienie na przykład recitalu z piosenkami Grechuty, Okudżawy czy Cohena, wtedy taki wieczór jest ukierunkowany na konkretne utwory. Oprócz koncertu „ Moje inspiracje”, który składa się utworów najbliższych mojemu sercu i jest odzwierciedleniem tego, co czuję i czego oczekuje publiczność, która chętnie wyraża swoje oczekiwania, to właśnie wieczory tematyczne cieszą się dużym zainteresowaniem.

                              Czyli wieczór poświęcony Cohenowi może przeobrazić się w piosenkę biesiadną/

                              Zdarza się... :)

                              Od lat współpracujesz z warszawskim Teatrem Rampa, realizujesz też własne spektakle?

                                Rzeczywiście, dużo gram w spektaklach Teatru Rampa, ostatnio w świetnej produkcji opartej na twórczości Agnieszki Osieckiej „Cafe Sax” w reż. Cezarego Domagały. Gram tam Pana Czesia... Zresztą, zapraszam do Rampy!

                                Jak wydam nową płytę, to planuję autorskie recitale, na tym teraz się skupiam, ale organizuję też własne spektakle, grane gościnnie w teatrach, hotelach, podczas eventów.

                                Właśnie, coraz więcej eventów urozmaiconych jest specjalnymi, krótkimi spektaklami, dostosowanymi do grania podczas imprez. Masz takie w swojej ofercie?

                                  Tak, już od dawna gram jednoaktówki Czechowa, zabawne komedie, które znakomicie wpisują się w eventy firmowe czy tzw. kolację ze sztuką w wielu hotelach. Teraz, jestem w trakcie pisania autorskiej sztuki komediowej, która będzie wystawiana w całej Polsce, na różnych scenach i eventach. Kolejna przygoda na którą czekam z otwartym sercem.

                                  Rozmawiała: Katarzyna Jakubiak

                                  Najnowsze wydanie